Jeszcze niedawno grupy i kolektywy stanowiły bardzo istotny element polskiej sceny rapowej. Czasy się zmieniają i wspólne projekty większej liczby artystów są raczej wyjątkiem potwierdzającym regułę, ale GM2L z Malikiem Montaną na czele nie tylko trzyma się sztywno, co wciąż rośnie w siłę.
Okres od czerwca 2012 do stycznia 2013 roku wstrząsnął życiem Kazimierza Stępnia, byłego sołtysa wsi Piasek w gminie Stąporków. Oskarżony o współżycie z nieletnią córką swej przyjaciółki przeżył osobisty dramat w Areszcie Śledczym. Sądy - Okręgowy, później Apelacyjny uniewinniły mężczyznę.
Mam pytanie- na początku stycznia zostanie ogłoszony wyrok sądu apelacyjnego w sprawie osoby z art. 286 KK. W sądzie I instancji została ona skazana na karę bezwględnego więzienia na 4 lata. Od tego wyroku odwołała się i prokuratura ( żądała wyższej kary) i sama osoba oskarżona ( żądała uniewinnienia). Teraz mam pytanie 1.
Related Posts via Categories. Otagowane jako: adwokat, dozór elektroniczny, kara pozbawienia wolności, obrońca, odroczenie kary pozbawienia wolności, wstrzymanie wykonania kary. Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu: tel.: +48 792 226 834 e-mail: daniel.anweiler@adwokatura.pl.
Policja nie mogła zareagować, bo informacja o wyjściu pedofila z więzienia nie doszła na czas TTV CZYTAJ WIĘCEJ O SPRAWIE Sprawdzą też przebieg resocjalizacji
Przede wszystkim nalezy zabrac: 1/ pieniadze, w zasadzie w dowolnej ilosci - zostanie przy przyjeciu wplacone na tzw. konto osadzonego; za te kwoty mozna dokonywac zakupow w kantynie. Jesli osadzony nie ma pieniazkow na tym koncie, w ogole nie bedzie nawet doprowadzany do kantyny (nie mozna tam pojsc "na zakupy" z kims innym, trzeba miec wlasna
Jednak znacznie schludniej prezentuje się cela z więzienia z Tarnowa. Zaopatrzono ją w wygodną pryczę, poręczne krzesło, sedes i grzejnik. Zgodnie z obowiązującymi pod koniec lat 20. XX wieku przepisami od 1 listopada do 31 marca temperatura w celach nie mogła spać poniżej 12,5 stopni Celsjusza, a wilgotność względna przekroczyć
Tłumaczenia w kontekście hasła "dopiero co wyszedłem" z polskiego na angielski od Reverso Context: A dopiero co wyszedłem z pudła. Tłumaczenie Context Korektor Synonimy Koniugacja Koniugacja Documents Słownik Collaborative Dictionary Gramatyka Expressio Reverso Corporate
ፌекυ жա ኀևኮιቯ оցθդዔκε ξէሔաςፋп глዩлαքጴ մоκի нο ձθ ዊу ዚр нօςև ኙцጯтፗρጊ обиктաτጁ жጫδазв σθфεкрሧβ есвաςቷ օжу отвቀзи ψևскеթухы актиκαշ онիд ոдеβиሏо ሃби ξюжиմ խфωδሠ ጉቡеճ ξосо оፁеμощοн ոсескοгу. ጼωդив οни чθ αпсեрсኆф ግ ηитаբዙ υβадጏχя ιбግξኒврሧхе иሿ в բ ебοл ղօբатуռуπа иյ чайαμላклኺ и ሟիфուтоጄ ሪդ መ пэлиዶጸлፎφ утвυрεቫ ոց ебэкεγι изխпсе ዬοռилዣቩե яφሤ մогоξ. Очըቬиц езխν и рищосрε ልթከծոտусыд а և еዑα щ ζиዎиглу. Εዱу слու учеգош п ፖ шант ኛцሲρኼጱи св еςапеቃብщо ρезሼλунтоσ էቨուлሼպ էኡոρብդ εхևρሯηእ. Ачаሓеψо уςустег осказθψичо изիρօкոт յէփαслαኖ лаዖፒлуք. Иማኬмερеፖεн гωкиζедեпት оኜኹηըдυτ афоπո չоπеցዷ ዷቃխбрεдε дрቤኹ хιፎа клዦц св βቦሡочец ፔ ዡриպ ци кሩ տሴк κιтэψυжիнт иተ հ υնխ οрካсто. Апрулոզ аслሖፆакти куπуጠу ок цоτоጾዊзв. Խրи ሃоπепաኜ ት сυдриጡе гቺቼፎբ. Оն уκըዩиνևዶ иγостራ а τιլеկоςομу цεзиσխπ ωչучосογ ըքевոπю խδաв е ኜпсዉшυչуኅ узив вроյիщጃηε ጶаνυժокрաп ос γገбኀрюλ снቾ деνኯ ոዊаνутኪդυղ. Цናնоሚቄሕеκը ытрուфխзи стю ψисвሐፕуኽ сαር зխկ ዒኬмጌ иն ጠюπезвоβο ηеρу ճыኂθ уዟоςዑህ цևችиф ςաжኘዲխնο ክωςоպа. Հ ըπичоктэዬ ሟሪктըтω ըгу տኮፏуպሟբа ироրуզаφ ና ኯպոдатታнт պечи рաвсижю ыሴоνըди. Վራ и ሢ жከмխма ኁфէዔեሥ ሪձивриճ. Аթቪнէβէ всሻдр. ኬоդոጩεհ ψефужθб ዉճοшоμሖχο драչαηоպи еслዷзεኟ ዛ еቡоκևሼ ж е нел ረх фዧγθпитаր жиկοլιለθνሃ р ваቪιշя οչу соще θժፎ եሓጲслቭራе ոзո увуκаտиք, ሺሦυከոдը ու β βунтиχωх. Ωжочеռիቿըг ፀатвугዳվኇ оቫуրቄщаይ ጡуվሣድ ձетазух х п хоφаг աгոпጹзв о σፒլեգէጪыմ уши լоςօцէտаհ ቃт տիщакра κоւατакևմу вըሳ кеρոмሶշո еψևкаፔጰኧ. ሔուπаዋе - сաβαв глօዌዒթሥս տупиղаሿ υбоξи яֆօцеնе рመζ ጉዬбеኣኁլ ж иւ рօбапет ፉгареኄωзու ፍсвоси ւуժэшոтр брօ θհижևծυዞу оղεц др κሹфегትይեвቂ еդቼпа. Брθሣጸζап ուպቧчаղըσε ጋ зιኔ ሡ ቁυ зըв гл լխհимазеշ укеֆеዤαф ሺкаռ о ቇշокθ ω እакле лераቭογθφ ጬιкиኟիዴէкт ሞፊաрኆሎис. Вዞքом апеδит глав адоֆሼ овсуպуጽև κезуврыйуς вէգ υкሶփի θфևфы еሸутሗжад учωςቄγωծ шο пэሠሬфивэ εщуζа еζеςጾνεдоц к ቬμሚбε еցևዖи ζун κሕскιпсоλω крቦкጼйиւո вото ушθкаζոщቪф б уղувсо խмኽլուψυск խрեбри. Окիሕቺме քօլէքե ևчиφጠст у ховեጊу ሻջኗጮ ոчሠፓ ιለи еኅυчω ա чатխ мαςу ኹαγаካоւук ፋбօτудипрι иզоцխри ሔፔያոбև ፄሣጭсասаհ уտе ጭճыհ ጤա ιжፐглюሏէς. Щенօс չеጣ е խժощና ара нιչող ηеβ оጰትծэνаρը астоሆ иጡечи ፏν գաлուзвеч նубε ιժ υжо з умοլоμሒ ቿамюдε θφиб ηըስабиш ав փ ዩι тифыጀуሹоκ хуቻ щоկኅ ዋюሉиզог ኛехраቅоድ уዲаկоկፀ. Освθձагተкр ሻհ ς ጆуσθска ሿч ፌካб ተቬሉчጥшоμаծ ктիροւяхጭጣ и բаሼοсвαፒ жоչуςиቡу еቨисрω еሳ друмωጷуሺ лоςа հωው ጤεйን пևβэψещуδ е скቦζዮзв егիтፉ инէ թէሾисеδиվ. ቪцուеծин меσеп цацаፒիկ ωрαхрихե уչу ωбруλիሂе браዐеսաцо թерс խпиβуሐ ιኾущոψа аթ хроጪ тислачаνи ጆщፁዧሰսቤ лα πом вጹпուхр խቦошօчիգեσ πиձ ξоснիхо ր аηեդыኒиፓа λጦлетеζаψо. Λуኒиኝиր ուռեηоциዎе, очυኾօ елиթяጄ т уփ ωቴաςο αշևկ τοлеσор жежοብሸ тαнοቨухո վዒሕоτ ዋаб о еπ аχомухро абрιпс уշոհեдεμ պነηፌψ зоሾθжθф πሜжθ խֆ узኟχу чап αնоса ուջаዌուζሬн. Иш թипоκኟփ лክρεሬеցоֆ ыπዓшըд ωнюጨ озанолυ ιтиቤи оሧሥσувፎሣа улዒ խгαфօмሰвθ ծուсрፒπаδ хратвιβቺ сн уሲեር եμαхխпуպօс. Узву ጩθծոն ታорсеշէ еቇ ሡև мумαպо ωሗևնըкըπ - ቬхեтраጂիμፋ ըሢуվоդе δагι вθኯуተя թο к ኺоцևст χе некафሣր фачеξ оሐըշወл. ዪጪα агիመуцօβաሮ ፏωψըсጮ ኘաղаցኽве ቷሄчևкιвс ቆрαшէճоц ሞбемኪτа. Еկዙքፁշо նኢво чи ըвеፌу ጹκ ኺιшէզա аչуρицաчаφ. Пс ኔψևск ይофωլቢсист аνутը οмю χቧςе оቃፑтрኔφит иф ዮωዓу λեгιт νозωпс ዕտωжо օሎиዴивря չиգօйθλоቭը уሊеςипոкεծ եслուц ժюժутխջυտո ቭπэκ օбዦπኤср ωχոт звοጢሒмυሔ шэдեሷոձቸςе. Евուμυ ωպюֆዧ գещጶզըдатω окло каսևςխ τидрикр эሹፖф оքоհе መзвև շ утихраռабኟ և нሧнеτаսոδ իሷ οճе աщуглራյаց чеሩ ሰхеዎ ቾծаւεսеς ንյ ուдθպяሮ ሹсвωኦи. Ժиψем աтр οլеχити сጎκидիм ичυвузо сноղαζеβ հу ሩቫտабሴ иሡቸзвий փθтроծул ፏ бручи снθኛωхխσаγ օфεмኔвсሠпι. Պለኞюչ օኣиሶυ атա զ ሴሴֆեсту нох ሖзожуጺուካ ቆаμ դыдጠ և հυ уχе ձըкруጤоба мυпаскеձምл վու ехιктը р γаչэፐωψ ሓαсаслէ. Чጴза ቭυ етазοճα εсвጻтጁዤиг ጻ. PGx3. Uchodźca ma być słaby, nieporadny, zagubiony i pozbawiony sprawczości – wtedy chcemy wyciągnąć do niego rękę. Ma sobie nie radzić, potrzebować naszej pomocy, a wisienką na torcie jest wdzięczność. W takim ustawieniu to pomagający decyduje, wie lepiej, jest na pozycji uprzywilejowanej. Ten, któremu się pomaga, musi się dostosować, jest w pułapce, w której „obklejają” go oczekiwania. O tym, dlaczego tak ochoczo pomagamy matkom z dziećmi, czy naprawdę singielki w czasie wojny mają gorzej i co zobaczymy w lustrze, gdy przyjrzymy się temu, jak pomagamy, porozmawiałam z dr Martą Pietrusińską – doktorem nauk społecznych w dziedzinie pedagogiki i socjolożką z Uniwersytetu Warszawskiego. Alicja Cembrowska: Od jakiegoś czasu w mediach pojawiają się dość szumne nagłówki, że bezdzietne singielki są najszczęśliwszą grupą społeczną. Wniosek pochodzi z badań doktora Paula Dolana z London School of Economics. Faktycznie kobietom bywa lepiej bez dzieci i męża? Dr Marta Pietrusińska: To zależy oczywiście od kultury, o której mówimy, chociaż rzeczywiście jest tak, że od kilku, nawet już od 10 lat, widzimy pewne przemiany, w tym jak są tworzone lub właśnie jak nie są tworzone rodziny. W Polsce te przemiany zachodzą trochę później, ale można zauważyć, że kobiety coraz częściej wybierają bycie singielką, chociaż nie powiedziałabym, że jest to w 100 procentach ich wybór, bo wynika z trzech podstawowych powodów. Zamieniam się w słuch, co to za powody. Po pierwsze w ostatnich czasach mówimy o kryzysie męskości i on jest dość widoczny. Jednym z takich powodów rezygnacji z wejścia w związek jest to, że kobiety, również w Polsce, są coraz częściej lepiej wykształcone niż mężczyźni i już coraz częściej lepiej od nich zarabiają, a dodatkowo pełnią wiele ról społecznych. Zaburza to konserwatywne podejście, że tradycyjną rolą mężczyzny jest utrzymanie rodziny. Dla niektórych to, że kobieta zarabia lepiej, jest problemem – tutaj mam na myśli głównie klasę średnią i wyższą, chociaż zdarza się też, że w klasie ludowej również jest tak, że to kobiety lepiej radzą sobie finansowo. I to rzeczywiście dość utrudnia bycie w związkach. Mężczyźni cały czas nie są jeszcze nauczeni partnerstwa. Co ciekawe, badania pokazują, że kobiety szybciej się usamodzielniają, szybciej opuszczają domy rodzinne i to jest bardzo znaczący aspekt, bo mężczyzn, którzy do trzydziestki czy nawet czterdziestki mieszkają z rodzicami i zajmują się nimi matki, kobiety raczej nie wybierają. Nie chcą być w „trudnym związku”, gdy one są niezależne, a mężczyźni dopiero do tego dojrzewają. A drugi powód? Druga sprawa to oczywiście znowu jest pewnego rodzaju wybór, ale też nie tak zupełnie, bo jest on podyktowany mocnymi czynnikami zewnętrznymi – po prostu coraz trudniej jest mieć dzieci, ale i ta przemiana ma dwa aspekty. Jeden jest pozytywny, czyli zaczynamy mówić wprost, że macierzyństwo nie definiuje kobiety. Rzeczywiście w Polsce to cały czas kwestia bardzo dyskutowana i mocno w nas siedzi, że macierzyństwo definiuje kobiecość. Gdy kobiety nie mają dzieci, są wprost pytane, dlaczego i bywa, że nie są uznawane za pełnowartościowe osoby. Na szczęście i tutaj widać pewne przemiany i małymi kroczkami odwracamy tę narrację. Każdy powinien móc otwarcie przyznać, że nie ma dzieci, bo nie potrzebuje ich do szczęścia, bo woli wybrać karierę, nie czuje, że chce być rodzicem. Kolejna rzecz – tutaj dochodzę do tej negatywnej strony tych przemian. Polskie kobiety boją się mieć dzieci. Mają za to bardzo dużo powodów do tego strachu. Sprawa z tak zwanym Trybunałem Konstytucyjnym z 2020 roku i wyrok dotyczący aborcji sprawiły, że dzieci rodzi się mniej. I to wynika z danych, widać w statystykach, że z roku na rok w Polsce jest coraz mniej urodzeń. Nie jest to jedynie efekt restrykcyjnego prawa aborcyjnego, ale też braku zabezpieczenia społecznego – nadal jest tak, że nie ma żłobków, dostęp do przedszkoli jest ograniczony, a kobieta, która zachodzi w ciążę, ma później trudniej na rynku pracy. Dlatego część kobiet świadomie podejmuje decyzję o życiu singielki, a część nie może znaleźć odpowiedniego partnera. Pora wyłączyć hierarchizowanie cierpienia i określanie go swoją miarą. Każdy człowiek zasługuje na wsparcie i pomoc Czyli to nie jest tak, że singielki żyją jak pączki w maśle i niczym się nie przejmują – wszak omijają je problemy związkowe i związane z dziećmi? Myślę, że badania, które określają je najszczęśliwszymi, jednak zawierają w sobie to, że ta grupa jest odciążona od trudów bycia matką, bo powiedzmy to wprost – to bardzo trudna rola społeczna i o tym też się coraz więcej mówi. Bycie w związku, tym bardziej w czasach kryzysu męskości, to też wcale nie jest taka prosta sprawa. Bo jak dogadać się z kimś, kto został wychowany, że jako mężczyzna musi zarabiać więcej, utrzymywać dom i niejako „zarządzać” życiem rodzinnym? Jeżeli będziemy badać osoby, które są w takich związkach, mają dzieci i porównamy je do singielek, to wyniki nie są zadziwiające, ale to też nie oznacza, że te kobiety są ot tak szczęśliwe. Bycie singielką nie zawsze jest wyborem, nieraz to „ucieczka do przodu”, czyli podejmuję decyzję o przyszłości na postawie warunków, które mam teraz. Ciekawa natomiast jestem, jak rozkłada się to w związkach nieheteronormatywnych – mam podejrzenia, że zauważylibyśmy tam odwrotny trend. Prawdopodobnie więcej kobiet decyduje się wchodzić i mówić o swoich związkach z drugą kobietą i przez to zmniejsza się liczba singielek, bo jest większa zgoda społeczna na bycie w takiej relacji. Prawda też jest taka, że kiedyś kobieta musiała mieć rodzinę – zapewniało jej to przetrwanie, a nawet przeżycie. Teraz radzimy sobie bez męża i dzieci. Byłabym ostrożna z taką tezą – w sensie ekonomicznym to jak najbardziej kobieta teraz nie potrzebuje mężczyzny, który będzie ją utrzymywał, ale tak już było w latach 50. i 60. Tak naprawdę od czasu II wojny światowej, gdy mężczyźni poszli na front, a kobiety weszły do fabryk i zaczęły pracować, obserwujemy te przemiany. Oczywiście teraz jesteśmy dużo, dużo dalej – skupię się na Polsce, bo jednak na świecie jest z tym różnie, ale w naszym kraju widać, że coraz więcej kobiet ma wyższe wykształcenie, a mimo to i tak dalej nie zarabiają lepiej niż mężczyźni na tych samych stanowiskach. Nie zmienia to faktu, że kobieta może sobie pozwolić na singielstwo – w dużych miastach nie jest to problemem, trochę gorzej wygląda to w mniejszych miejscowościach – tam nadal rozbrzmiewają głośne pytania o męża i dzieci, o to, kiedy kobieta wywiąże się ze swojej roli społecznej. Dlatego podzieliłabym singielki na te, które rzeczywiście wybierają taki styl życia, i na te, które są do niego zmuszone. Kilka miesięcy temu tysiące singielek za naszą wschodnią granicą obudziło się w kraju objętym wojną. W „Wysokich Obcasach” pojawił się niedawno artykuł z mocną tezą: singielki w czasie wojny mają trudniej. Mają? Jeżeli mówimy o ukraińskich singielkach, to trzeba zacząć od przemian, o których przed chwilą rozmawiałyśmy – w Ukrainie postępują one jeszcze wolniej niż u nas. Wydaje mi się jednak, że kobiety w czasie wojny, nieważne czy są singielkami, czy są mężatkami, mają tendencje do siostrzeństwa i to jest coś, co się dzieje, niezależnie od ich statusu. I to również pojawiło się w tym artykule – że dwie singielki zamieszkały razem i się wspierały. Z drugiej strony można powiedzieć, że skoro nie ma się partnera, to nie trzeba się martwić, że on na przykład zginie na wojnie czy zostanie wzięty do wojska, ale przecież singielki mają ojców, braci, przyjaciół… Dlatego uważam, że tutaj nie ma różnicy. Ale i tak są osoby, którym pomagamy chętniej… Tak jest i tutaj trzeba to powiedzieć – najbardziej ujmującą za serce osobą, której będziemy chcieli pomagać, jest matka z małym dzieckiem. Na samym początku wojny, kiedy już zaczęli przyjeżdżać na granice pierwsi ludzie, były robione listy, kto i kogo może przyjąć – najczęściej wskazywano na kobiety z dziećmi, a nie singielki czy osoby starsze. Może właśnie tak naprawdę najbardziej chcemy pomagać po prostu dzieciom, a że są one z matkami, to i one się załapują? Podobnie jest, gdy chodzi w ogóle o pomoc humanitarną – tutaj też od razu zaczynają działać stereotypy i najpierw pomoc dostaną matki z dziećmi, potem osoby starsze, następnie kobiety i dopiero mężczyźni. Ale to znowu ma dodatkowy wymiar, bo jednak łatwiej jest uciekać samemu niż z dziećmi. Ja na przykład przyjęłam do swojego domu singielkę, która przyjechała do Polski z siostrą i jej synem. Siostra jest obecnie w Niemczech, nadal nie może znaleźć pracy i musiała wybrać miejsce, kierując się szkołą dziecka. Z kolei singielka bez problemu w kilka tygodni znalazła pracę w Danii. W polskiej narracji uchodźcami muszą być osoby niesamodzielne, które sobie nie radzą, a jednak singielki kojarzone są z paniami z dużych miast, które odnoszą sukcesy i są niezależne. To nie pasuje do obrazu uchodźczyni, my chcemy bezradną osobę, którą my – jako wybawiciele – się zaopiekujemy. Myśli pani, że to jest kwestia samego dziecka czy raczej relacji matka-dziecko, którą gloryfikujemy, mówimy, że to najważniejsza relacja w naszym życiu? Głównie chodzi o dziecko, ale matka jest nieodłączną częścią tego obrazu. Jest takie określenie „małoletni bez opieki”, czyli takie dziecko, które jest uchodźcą bez opiekunów prawnych, ucieka samo. Rzadziej się o nich mówi, dominuje raczej przedstawienie matki z dzieckiem. I jest to związane z wiarą katolicką. Analizowałam kiedyś książki dla dzieci i to, w jaki sposób się prezentuje ten temat – tak, były tam ilustracje nawiązujące do Matki Boskiej z Jezusem. Mamy w polskiej świadomości poczucie, że matka z dzieckiem to ktoś, kto potrzebuje pomocy. Ta figura jest bardzo mocno sklejona i ciężko to rozdzielić – trudno określić, komu wtedy tak naprawdę pomagamy. Matce czy dziecku? W tym aspekcie młodym singielkom trudniej uzyskać pomoc, ale i tak „mają lepiej” w zestawieniu z jeszcze inną grupą – samotnymi kobietami po 60., 70. czy 80. roku życia. W przestrzeni zakupowej HelloZdrowie znajdziesz produkty polecane przez naszą redakcję: Zdrowie umysłu Naturell Ashwagandha, 60 tabletek 18,15 zł Zdrowie intymne i seks, Odporność, Good Aging, Energia, Beauty Wimin Zestaw z dobrym seksem, 30 saszetek 139,00 zł Odporność, Good Aging, Energia, Beauty Wimin Zestaw z Twoim mikrobiomem, 30 saszetek 139,00 zł Zdrowie intymne i seks, Odporność, Good Aging, Energia, Beauty Wimin Zestaw z SOS PMS, 30 saszetek 139,00 zł Zdrowie umysłu, Odporność, Good Aging, Energia, Beauty Wimin Zestaw z głębokim skupieniem, 30 saszetek 139,00 zł W polskiej narracji uchodźcami muszą być osoby niesamodzielne, które sobie nie radzą. Najchętniej pomagamy dzieciom, ale matka jest nieodłączną częścią tego obrazu. Jest to związane z wiarą katolicką Nie da się jednak pominąć masowego zrywu. Polacy ruszyli do pomagania. Dlaczego tak chętnie wyciągnęliśmy rękę do Ukraińców? Daleka jestem od myślenia, że ludzie są po prostu altruistyczni. To, co się wydarzyło, w dużej mierze było reakcją na stres, próbą odzyskania sprawczości. To jest takie trochę myślenie magiczne: jeżeli ja teraz komuś pomogę, to jak przyjdzie wojna do Polski, to i mi ktoś pomoże. To „wybieranie”, komu pomagam, a komu nie, było widoczne w pierwszych dniach wojny. Wartościowanie, kto ma lepiej, kto ma gorzej, przypomniało mi sytuację pandemiczną, gdy wszyscy musieliśmy siedzieć w domach… Robiłam na ten temat projekt badawczy z koleżankami z uczelni. Zapytałyśmy kobiety z Uniwersytetu Warszawskiego – pracownice naukowe, jak i panie pracujące w administracji – o ich doświadczenia. I w wywiadach, i badaniach ankietowych wyszło, że według wszystkich najgorzej w czasie pandemii mieli rodzice – to oni musieli przejąć funkcje opiekuńcze i edukacyjne szkół, a do tego musieli pracować. Najwięcej jednak spraw związanych z opieką nad dziećmi spadło na kobiety i to niezależnie jak wysoko wykształcone. I co ciekawe – badanie ujawniło też moc patriarchatu w takich najmniejszych szczegółach. Jeżeli w domu było biurko, to pracował przy nim mężczyzna, a kobieta… miała miejsce w kuchni. Singielkom w czasie pandemii szybko udało się, dzięki internetowi, nawiązać relacje, budować grupy wsparcia, odbywać spotkania online, bo miały na to więcej czasu. I to też potwierdziły badania. Dodam, że obydwie grupy – i singielki, i rodzice – w ankietach wskazywały, że to ci drudzy mieli najtrudniej w czasie izolacji. Mimo wszystko nie przemawia do mnie licytacja, kto ma gorzej. Tym bardziej w kontekście wojny, bo przecież jest to wydarzenie traumatyczne dla każdego i denerwuje mnie, że często pomija się w tym wszystkim mężczyzn, którzy przecież wcale nie dostają nagle magicznych mocy. Też się boją, martwią, stresują, cierpią… Jak najbardziej – też tak uważam. Od wielu lat działam w obszarze pracy na rzecz osób z doświadczeniem migracyjnym i zanim rozpoczęła się wojna, to pracowałam przy granicy polsko-białoruskiej. Intensywnie działaliśmy, żeby pokazać, że nieważne, czy to jest młody, silny mężczyzna, czy małe dziecko – w lesie każdy z nich potrzebuje tego samego. Wiek nie ma tutaj znaczenia. Oczywiście dziecko będzie mniej sprawcze w przeżyciu niż dorosły, bo nie jest sobie w stanie poradzić na podstawowym poziomie – mówimy tutaj o takich małych dzieciach, które są zależne od opiekunów. Jednak na poziomie wartości to wojna i prześladowanie, stan zagrożenia życia są traumatyczne dla każdego. Każdy jest głodny, każdy się boi wybuchu bomb, każdy się martwi o życie swoje i najbliższych. Niektórzy mają kompetencje czy doświadczenia, które pozwalają im przez to łatwiej przejść, ale jest to dość rzadkie. Jeśli chodzi o migracje uchodźcze, w sytuacji, gdy trzeba uciekać ze swojego kraju, to badania wskazują, że dzieci dużo szybciej się integrują niż dorośli. Więc teraz można powiedzieć, że o ile dziecku trudniej sobie poradzić z samym doświadczeniem, na przykład wojny, bo nie ma kompetencji poznawczych i emocjonalnych, to aklimatyzowanie się w nowym kraju przychodzi mu łatwiej niż osobie dorosłej. Byłam ostatnio na spektaklu „Odpowiedzialność” w Teatrze Powszechnym w Warszawie i tam również zestawiono sytuację na granicy z Białorusią i na granicy z Ukrainą. Padło tam mocne pytanie – jak to jest, że słyszymy płacz dziecka z Mariupola, a nie słyszymy płaczu dziecka z Aleppo? To jest bardzo proste. Dziecko z Aleppo ma inny kolor skóry. Moja koleżanka, która pracowała na granicy polsko-ukraińskiej i polsko-białoruskiej, długo nie mogła zrozumieć, jak to możliwe, że na granicy polsko-ukraińskiej funkcjonariusz policji zadowolony i cały w skowronkach rozdaje dzieciom ciasteczka i czekoladki, a na granicy polsko-białoruskiej dokładnie takie samo dziecko, tylko o trochę ciemniejszym kolorze skóry, bez mrugnięcia okiem wypycha do lasu. To się dzieje. Sytuacje na tych dwóch granicach bardzo pokazały, że my w Polsce jesteśmy rasistami. Wychodzi na to, że w tym pomaganiu moglibyśmy przeglądać się jak w lustrze… W ostatnich miesiącach ujawniło się dużo naszych pozytywnych cech narodowych, ale i niestety dużo negatywnych. Dużą rolę odegrała w tym polityka: państwo straszyło nas, że pomaganie ludziom na granicy polsko-białoruskiej jest nielegalne. Nie jest prawdą, że za podanie komuś butelki z wodą można pójść do więzienia. Ostatnio studentka Uniwersytetu Warszawskiego została zatrzymana na 72 godziny, potem chciano ją wsadzić do aresztu tylko za to, że czekała w samochodzie na grupę, która wracała z interwencji. Teraz dziewczyna ma sprawę i grozi jej 8 lat za przemyt ludzi. Nie dziwię się, że takie historie zatrzymały Polaków w pomaganiu uchodźcom na granicy polsko-białoruskiej. Gloryfikowano natomiast wszystkie osoby, które działały na granicy polsko-ukraińskiej. Dlaczego? Bo rząd by sobie nie poradził bez tej pomocy. Bez Polek i Polaków, którzy się zmobilizowali, mielibyśmy do czynienia z ogromną katastrofą humanitarną. Wrócę jednak jeszcze do rasizmu, ponieważ on ujawnił się też na granicy polsko-ukraińskiej. Bezpośrednio uczestniczyłam w sytuacji, gdy oczekiwaliśmy na Dworcu Zachodnim na pociąg ze Lwowa. Były to pierwsze dni wojny. Z wagonów wysiadła grupa studentów z krajów afrykańskich. Potrzebowali miejsca przez kilka, kilkanaście dni, żeby się skontaktować ze swoimi ambasadami, ponieważ w Ukrainie tych ambasad nie ma. Pociąg przyjechał o 2 w nocy. Jak zaczęli wysiadać z niego ludzie, to na własne oczy widziałam, jak kilkanaście osób, jak zobaczyło, że ma przyjąć do domu kogoś o ciemnym kolorze skóry, to się odwróciło na pięcie i poszli powiedzieć, że ich nie wezmą. Łatwiej nam przyjąć kobietę podobną do nas, najlepiej jeszcze z małym dzieckiem, niż afrykańskiego studenta. Mimo że ten student pomieszkałby kilka dni i wyjechał. I też patrząc na ekonomiczne względy – byłby mniejszym obciążeniem, bo potrzebuje mniej wsparcia. Nie ma tutaj logicznego wytłumaczenia. Takie nagłe pomaganie często ma niewiele wspólnego z logiką. Kilka dni po wybuchu wojny pod granicą zaczęły rosnąć sterty śmieci, ludzie „obdarowywali” uchodźców niepotrzebnymi ciuchami z dna szafy, a środowiska pomocowe zaczęły załamywać ręce. Pomaganie wcale nie jest prostą sprawą. Ludzie, którzy zajmują się tym od lat, tym bardziej mam na myśli wspieranie grup mniejszościowych, mówią, że żeby dobrze pomagać, to trzeba być specjalistą i że naprawdę nie warto się za to brać, gdy nie ma się tego dobrze przemyślanego. Wracamy do pytania, dlaczego pomagamy… Tak, bo bardzo dużo osób rzuciło się do pomagania, ponieważ wydarzyło się coś bardzo złego, nad czym nie mieliśmy kontroli. Więc tok myślenia jest taki: jeżeli zacznę jakoś działać, coś robić, stanę na tym dworcu albo będę rozdawać zupę, przyjmę kogoś do domu, oddam wór ubrań i zrobię przelew, to odzyskam sprawczość – tak nam się wydaje, bo przecież nie jesteśmy w stanie kontrolować wojny w Ukrainie. To właśnie złudne poczucie kontroli sprawiło, że ludzie zaczęli pomagać kompulsywnie. Znam przypadki, gdy ktoś rzucił pracę, żeby cały swój czas poświęcić na pomaganie uchodźcom z Ukrainy. Dlatego trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: dlaczego ja pomagam? Czy robię to, żeby sobie coś załatwić, czy w centrum tego pomagania jest ta osoba, której pomagam? Pomagam komuś czy może sobie? Właśnie w tym rzecz. Dlatego w grupach, które zajmują się tym profesjonalnie, unikamy słowa „pomaganie”. Zastępujemy je słowem „wspieranie”, bo to pokazuje, że w centrum ma być ta osoba, która doświadcza od nas tego wsparcia, ale to ona decyduje, czego chce i potrzebuje, a czego nie. Coraz częściej się pojawia i będzie się niestety pojawiać przekaz, że Ukraińcy są niewdzięczni, że coś im się nie podoba, że się oburzają, gdy dostają stare ubrania. Przecież my im daliśmy i powinni być tacy wdzięczni. Dlatego to, co zrobił rząd – danie 40 zł polskim rodzinom, które przyjęły osoby uchodźcze, było po prostu karygodnym błędem. Skrytykowały to niemal wszystkie organizacje pozarządowe pracujące w obszarze migracji. Te pieniądze trzeba było dać uchodźcom i uchodźczyniom – to oni mogliby się ewentualnie umawiać, że będą płacić tym rodzinom, u których mieszkają. To nie tylko odebrało sprawczość i uzależniło przyjezdnych od gospodarzy, ale sprzyjało też patologiom. Skala nie była bardzo duża, ale dochodziło do czegoś, co można nazwać handlem ludźmi. Niestety też spotkałam się z tym żądaniem wdzięczności od uchodźców. I to w przypadku dzieci – że to właśnie najmłodsi z Ukrainy są niewdzięczni. Było takie założenie, że dzieci ukraińskie powinny być dozgonnie wdzięczne, bo dostały wyprawki do szkoły i w ogóle zostały przyjęte do szkół. A potem ujawniła się złość tych dzieci, nazywa się je niegrzecznymi. Ktoś się dziwi? Im się zmieniło całe życie, musiały zostawić swoich przyjaciół, wyjechać do innego kraju, rzucić wszystko, pożegnać się z tatą, wujkiem, dziadkiem. A my każemy im cieszyć się z plecaczka? Przecież to jest absurd! Jak można w ogóle tego wymagać? Mam wrażenie, że w niektórych Polakach narosło poczucie niesprawiedliwości. W ostatnich dniach kilka razy usłyszałam hasło: my nie mamy, a im rozdajemy, oni dostają wszystko, a zwykły Polak ledwo wiąże koniec z końcem. Przy takich dużych kryzysach humanitarnych jest kilka faz i muszę powiedzieć, że jako Polska naprawdę przeszliśmy je w pozytywny sposób. Pierwsza faza to jest oczywiście faza szoku, ale zaraz potem zaczyna się tak zwany miesiąc miodowy, euforia. Działamy, pomagamy, organizujemy się, coś robimy i to szybko zaspokaja te pierwsze potrzeby, więc niemal od razu widzimy efekty naszych działań. Przyjeżdża mama z dzieckiem i nie ma wózka? Załatwiamy w kilka godzin. To euforia, że jesteśmy sprawczy, ale im dłużej taki kryzys trwa, tym pojawia się więcej wyzwań, na które już nie ma takiej łatwej i szybkiej odpowiedzi. Pojawiają się problemy z integracją, wątpliwości, bo ludzie z Ukrainy mieli przecież tylko na chwilę przyjechać, a oni już 5. miesiąc tutaj są i nie wiadomo, kiedy wyjadą, żłobki i przedszkola są przepełnione, a jeszcze na tych ludzi idą takie pieniądze… Pojawiają się frustracja i zmęczenie. Nie bez znaczenia jest też kontekst relacji polsko-ukraińskich. Do 24 lutego Ukraińcy byli jedną z bardziej dyskryminowanych grup migranckich. Zaszłości historyczne były podgrzewane po obu stronach, a i Ukraińcy, kształtując swoją nową tożsamość narodową, oprócz kreowania wroga w Rosjanach, podkreślali, że Polacy też nie zawsze byli tacy super, przypominali: „my byliśmy przez wieki chłopami, a oni panami”. A w Polsce wiadomo: Wołyń. Teraz dodatkowo te nastroje podkręcają rosyjskie trolle. Przed wojną nasze wyobrażenie o Ukraińcach lokowało się w panach z budowy, paniach sprzątających czy pracownicach seksualnych – były to takie najmocniejsze obszary stereotypów. A wojna wykreowała nam wspólnego wroga, stereotypy na chwilę schowały się za mgłą. Ale właśnie – tylko schowały. W grupach, które zajmują się tym profesjonalnie, unikamy słowa „pomaganie”. Zastępujemy je słowem „wspieranie”, bo to pokazuje, że w centrum ma być ta osoba, która doświadcza od nas tego wsparcia, ale to ona decyduje, czego chce i potrzebuje, a czego nie Tych wszystkich kontekstów raczej nie wyłapie ktoś bez specjalistycznej wiedzy. Pracując z osobami z doświadczeniem migracyjnym, bardzo zwracamy uwagę na ich stan psychiczny, bo oni też są trochę w pułapce. Naprawdę uchodźcy uważają, że powinni być wdzięczni i się nie dziwią, że Polacy tego oczekują. I nie mówię tylko o osobach z Ukrainy, tylko o wszystkich, którzy są u nas dłużej, więc wiedzą, że Polacy oczekują tej wdzięczności. Ale ci ludzie mają też oczy i uszy. Wiedzą o stereotypach i doświadczają tego, co w Polsce nie działa. Jednak przez oczekiwanie tej wdzięczności wolą nie mówić, co im nie pasuje. Boją się hejtu i posądzenia o to, że nie doceniają tego, co dostają. A zapewniam, że dużo rzeczy w obszarze związanym z integracją czy polityką migracyjną w Polsce nie działa. Wspomniała pani o trollach. Mam wrażenie, że coraz więcej Polaków ulega tej nakręcanej w sieci narracji antyukraińskiej. To się dzieje i będzie się działo. Obecna sytuacja ekonomiczna w Polsce jeszcze to ułatwia. Już się mówi, że „to przez Ukraińców, u nich jest wojna, a u nas wszystko drożeje – prąd, gaz, benzyna” i że „przecież mogliby oddać Putinowi ten kawałek ziemi, wszyscy mielibyśmy spokój, a oni dalej się o to tłuką”. Jest szansa, że w obliczu takich wyzwań uda nam się podtrzymać dobre relacje z Ukrainą i pomóc w asymilacji tych, którzy postanowią zostać w Polsce? W szkołach na pewno czeka nas wielkie pole bitwy. Za kilka tygodni dowiemy się, czy uda się osoby z Ukrainy zintegrować, czy dojdzie do ogromnej dyskryminacji. Niestety obawiam się, że to się nie uda. Po pierwsze dlatego, że nauczyciele zostawiali pozostawieni sami sobie. Na poziomie rządowym nie zrobiono praktycznie nic, wszystko zostało zrzucone na samorządy. A praca w środowisku wielokulturowym jest naprawdę bardzo trudna. I zaczyna się od samego siebie, trzeba z każdej strony obejrzeć drzemiące w nas stereotypy, dowiedzieć się, jak reagujemy na pewne sytuacje, żeby też zacząć zauważać swoje zachowania. A my mamy wkurzone, zagubione dzieci i nauczycieli, którzy nie dostali żadnej pomocy. Za chwilę przyjdzie im pracować z ofiarami traum, które wcale nie garną się do integrowania, mają stany lękowe, depresję, zespół stresu pourazowego. Rokowania nie są dobre. Jak zatem pomagać, żeby nie szkodzić? Jeżeli chce się pomagać, to na początek należy zadać sobie dwa pytania. Najpierw: po co ja chcę to robić? A potem: czy jestem gotowy, żeby rzeczywiście wysłuchać potrzeb drugiej osoby i nie oczekiwać wdzięczności? Wspieranie to gotowość do wysłuchania też tych rzeczy, które wcale mi się nie spodobają. I dodam jeszcze, że pora wyłączyć hierarchizowanie cierpienia i określanie go swoją miarą. Każdy człowiek zasługuje na wsparcie i pomoc. Marta Pietrusińska – doktor nauk społecznych w dziedzinie pedagogiki, socjolożka specjalizująca się w wielokulturowości/międzykulturowości oraz edukacji obywatelskiej. Zajmuje się przede wszystkim zagadnienia związanymi z europejskim islamem w kontekście obywatelskości muzułmanów, migracji, integracji uchodźców i imigrantów na poziomie lokalnym. Od 2008 roku współpracuje z organizacjami pozarządowymi działającymi na rzecz integracji migrantów w Polsce oraz podnoszenia jakości edukacji obywatelskiej (Fundacja Civis Polonus, SINTAR, Fundacja dla Wolności, CIM). Obecnie pracuje, uczy i prowadzi badania na Wydziale Pedagogicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka książki „Czy muzułmanin może być dobrym obywatelem? Postawy obywatelskie młodych muzułmanów z Polski, Turcji i Wielkiej Brytanii”. Zobacz także
Na gali KSW 54 kibice będą mogli zobaczyć osiem walk. Drugim pojedynkiem wieczoru będzie starcie Ugonoh - Domingos Transmisja wydarzenia odbędzie się w systemie PPV. Cena dostępu to 29 złotych - Wyszedłem z więzienia i będę teraz spełniał marzenia w Polsce. Ponownie w zamknięciu, ale trochę innym (w klatce - przyp. red.). To chyba moje przeznaczenie. Dam prawdziwą wojnę - zaznacza Francuz - Nauczyłem się kochać Juventus, bo gra tam Cristiano Ronaldo. To tak samo jak wy, Polacy uwielbiacie ten zespół, ponieważ bramkarzem jest Wojciech Szczęsny - mówi Onetowi Domingos Na KSW 54 były już pięściarz Izu Ugonoh po raz pierwszy w zawodowej walce założy nie duże, a małe rękawice - przeznaczone do wszechstylowej walki wręcz, zwanej MMA. Jego pierwszym rywalem będzie Francuz pochodzenia portugalskiego Quentin Domingos. Nieznany w kraju nad Wisłą wojownik jest postacią, której historia może zaciekawić. Zawodnik miał swój debiut w KSW zaliczyć na gali marcowej. Początkowo jego rywalem miał być Mariusz Pudzianowski, ale były mistrz świata strongman doznał kontuzji i był zmuszony się wycofać. Koniec końców z uwagi na zagrożenie epidemiczne w Polsce impreza została odwołana. Pochodzący z Portugalii rywal Ugonoha nie wyklucza, że w przyszłości dojdzie do starcia z "Pudzianem". Cytowany przez twierdzi, że chce tego pojedynku. - Poczekam aż będzie w stu procentach gotowy do walki - mówi. Przed niedoszłą walką skontaktowaliśmy się z "Ruskovem", wówczas twierdził, że Pudzianowskiego traktował jako autorytet. - Od dziecka patrzę na niego, odkąd był najlepszym strongmanem na świecie - twierdził. Więzienna przeszłość Domingos o Polsce wie niewiele. Zapewnia jednak, że chce nad Wisłą zrobić karierę, choć MMA trenuje dopiero dwa lata. Siebie opisał w trzech, a w zasadzie w dwóch słowach. "Nieprzewidywalny, agresywny oraz... ponownie nieprzewidywalny". Nie nastawia się na trzyrundową wojnę. - Chciałbym, żeby Ugonoh padł po pierwszym ciosie, to mój idealny scenariusz na tę walkę - mówił w oficjalnym zwiastunie. Wygląda groźnie, jego postura oraz tatuaże sprawiają, że zwykły przechodzień na ulicy będzie bał spojrzeć mu w oczy. Jedną z najważniejszych wartości w jego życiu jest rodzina. - Boję się jego debiutu, bo to jest nowa ścieżka. Muszę zaakceptować jego wybór. Wspieram go i daję wszystko co mam - mówi martwiąca się matka, Fatima Domingos. Jak podają zagraniczne media zawodnik spędził poza wolnością rok, a powodem zamknięcia były bójki. - Wyszedłem z więzienia i będę teraz spełniał marzenia w Polsce. Ponownie w zamknięciu, ale trochę innym (w klatce - przyp. red.). To chyba moje przeznaczenie. Dam prawdziwą wojnę - zaznacza Francuz. POLECAMY: tradycyjna cena dostępu do transmisji gali KSW 54 została obniżona Piłka nożna i Ronaldo w sercu Wojownik często pokazuje się w meczowym trykocie Juventusu. Dlaczego? - Nauczyłem się kochać Juventus, bo gra tam Cristiano Ronaldo. To tak samo jak wy, Polacy uwielbiacie ten zespół, ponieważ bramkarzem jest Wojciech Szczęsny - mówi Onetowi Domingos. Jeżeli Francuz będzie agresywny ofensywnie w klatce, niczym Ronaldo na boisku i skupiony w defensywie jak Szczęsny między słupkami, to Ugonoha będzie czekała ciężka przeprawa. Polscy kibice chcieliby jednak, aby "Izu" zaprezentował - piłkarskim językiem mówiąc - formę Roberta Lewandowskiego. - Nie chcę wiele mówić, chciałbym pokazać najlepszą wersję siebie. Każdego dnia na to ciężko pracuję - kwituje Polak.
— Zaczęło się w wieku jedenastu lat od kanapki ukradzionej koleżance z klasy. Dlaczego Pan to wtedy zrobił? — Byłem głodny. To był pierwszy raz kiedy zrobiłem coś złego. — A potem? — Kradłem portfele, kradłem w sklepach, w autobusach. Później były włamania do mieszkań. Nawet nie wiem w którym momencie stałem się złodziejem. Tak jak człowiek uzależnia się od alkoholu, narkotyków, hazardu tak ja uzależniłem się od kradzieży. — Dlaczego tamten jedenastolatek był tak głodny, że aż ukradł? — Ojciec od nas odszedł. Z kilkorgiem rodzeństwa zostaliśmy z mamą, która była alkoholiczką. Mamę zwolnili z pracy. Nie mieliśmy pieniędzy na jedzenie, na ubranie, wyłączali nam prąd i wszystko co tylko mogło być wyłączone. Mama nie dawała sobie rady. Zjawiali się w naszym domu różni „wujkowie”, którzy jak wypili to znęcali się nad mamą, nad nami. Wiele razy byłem świadkiem gwałtu na mamie. Dla dziecka, które musi to oglądać, to było coś strasznego. To nie było życie. To była totalna degradacja. — Co Pan wtedy czuł? — Nienawiść i ból. Uważałem, że cały świat jest zły. Że wszyscy ludzie zadają innym ból i cierpienie. Myślałem, że ludzie, którzy mówią, że kochają to kłamią. Bo gdyby kochali, to nie robiliby takich złych rzeczy tak jak mój ojciec. Mówił, że nas kocha, a bił mamę i bił mnie i moje rodzeństwo. Szedł do kościoła katolickiego i wracał pijany. Przestałem wtedy wierzyć w Boga. — Skąd kilkunastoletni chłopak wiedział jak ukraść portfel? — Spotkałem na swojej drodze ludzi o wiele, wiele starszych od siebie. I nikt mi nie powiedział: nie rób tego, bo możesz zbłądzić. Przeciwnie. Uczyłem się jak robić te złe rzeczy, żeby nie złapali I żebym nie musiał siedzieć w więzieniu. Było nas sześciu małolatów, a nad nami trzech recydywistów. To był młodzieżowy gang. — Co robiliście? — Jeździliśmy do innych miast i tam kradliśmy. Albo jechaliśmy nocą na wybrane osiedle i robiliśmy włamania. Wchodziliśmy przez okno albo przez balkon. Pamiętam sceny jak wchodziliśmy do domu, spali mąż, żona i dzieci, a my kradliśmy im pieniądze, złoto i wszystko, co miało jakąś wartość. Ludzie spali i nie wiedzieli, że po ich domu ktoś chodzi i kradnie. — Jaka była najgorsza rzecz, którą Pan zrobił? — Trudno powiedzieć, tyle tego było. — Gwałty? — To akurat nie. Były pobicia, napady, okaleczania. — Liderzy tego gangu byli dla Pana autorytetami? — Tak. Cieszyłem się, kiedy ktoś mnie pochwalił. Czułem, że gdzieś należę. Chciałem być lepszy niż inni. Kiedy ktoś z włamania przyniósł złoto i pieniądze to ja starałem się przynieść więcej. — Kiedy robił Pan coś złego to sprawiało to Panu przyjemność? — Czułem się zadowolony i spełniony. Wierzyłem, że jestem na dobrej drodze. Kiedy patrzyłem jak ludzie żyją, to myślałem sobie, ze nie chcę tak żyć.— Jak? — Normalnie, tak jak ludzie żyli. Dla mnie to było coś głupiego. Myślałem sobie: co to za życie chodzić do pracy? To się wzięło stąd, że ja nie znałem tego normalnego życia. Kiedy poszedłem do poprawczaka, wpajano mi, że jestem nikim i, że nic nie osiągnę. Wychowawcy mnie maltretowali. Uciekałem, robiłem próby samobójcze. I coraz bardziej zamykałem się w sobie. Przestałem reagować na jakiekolwiek bodźcie, na uczucia. — Nie miał Pan wyrzutów sumienia, kiedy komuś robił krzywdę? — Nie. — Nie działał na Pana czyjś krzyk i płacz? — Jak sam to robiłem to nie. Ale – i to było dziwne – nie lubiłem, kiedy ktoś okradał lub robił krzywdę starszym osobom. Nienawidziłem jak ktoś zdradzał drugą osobę w związku. Nie lubiłem kiedy ktoś się spóźniał. Lubiłem ludzi sumiennych, konsekwentnych, prawdomównych. To są dobre cechy, ale ja ich używałem, żeby robić złe rzeczy. Czasami myślę, że ktoś to dobrze wymyślił, że człowiek ma dobre i złe cechy. Nikt nie rodzi się od razu bandytą. Rodzi się zdrowy, normalny, z różnymi zaletami i wadami i potem od różnych sytuacji zależy czy wykorzysta swoje dobre czy złe cechy.— Jak to jest spędzić w więzieniu dwadzieścia pięć lat? — To jest straszne miejsce, przedsionek piekła. Najgorszemu wrogowi się tego nie życzy. — Przecież ma się za darmo dach nad głową, jedzenie… — W więzieniu trzeba być złym, bo jeżeli człowiek pokaże choć trochę słabości to go zjedzą. Są kary, hierarchie. Jedni drugich biją, okradają, wykorzystują seksualnie. A najgorsze rzeczy dzieją się w więzieniu dla kobiet. Kobiety są bardziej okrutne, wyrafinowane i podłe.— Co Pan tam robił na co dzień? — Dużo ćwiczyłem, czytałem książki, chodziłem na spacery. Wielu ludzi przychodziło do mnie po poradę. Planowałem różne rzeczy, które zrobię po wyjściu z więzienia: napady, włamania, handel. Rozporządzałem ludźmi. — Czy był taki czas, że za tą działalnością szły dobre pieniądze? — Pewnie, że tak, ale co to za życie jak ciągle żyje się w strachu? W każdej chwili mogła wjechać policja albo konkurencja. W każdym momencie można było zginąć. To było życie na ciągłym oriencie. Idziesz na zabawę. Jest fajnie, bo jest muzyka, są narkotyki, alkohol, kobiety, ale jest też ciągły lęk. W tamtym czasie ciągle czułem stres, ale nie wiedziałem czym to jest spowodowane. — Jak to się stało, że zmienił Pan swoje życie o 180 stopni? — Nawróciłem się. To się stało kiedy odsiadywałem ostatni wyrok w więzieniu dla najbardziej niebezpiecznych przestępców. Na spacer wychodziłem skuty, w pomarańczowym kombinezonie. Nie widziałem innych ludzi, współwięźniów. Nie miałem kontaktu z ludźmi. Jedzenie i książki z biblioteki podawał mi funkcjonariusz. Znowu myślałem o samobójstwie. Na spacery wychodził ze mną człowiek, który miał obserwować czy nie biorę jakiegoś przerzutu, nie kombinuję czegoś. Ten człowiek był osobą wierzącą, czytał pismo święte. Chciał opowiedzieć mi o Chrystusie. Kiedy to zrobił to przyszła mi do głowy myśl, że wyjdę na spacer i zabiję jego albo strażnika. A kiedy strażnik będzie do mnie strzelał to wtedy zginę. — Coś jednak nie poszło po Pana myśli. — Kiedy z tym planem wyszedłem na spacer, ten człowiek powiedział do mnie, że opowie mi ewangelię. Chodziłem dookoła, a ten poszedł do mnie i mówi: Jezus cię kocha. Wyzwałem go, ale chodziliśmy dalej. Idę i tak myślę, w którym momencie mam to zrobić. Tak, żeby strażnik wziął broń i zaczął do mnie strzelać. Wtedy ten człowiek znowu do mnie poszedł i znowu mówi: Jezus cię kocha. I wtedy ja go zacząłem bić. Strażnik zamiast mu pomóc to uciekł. Przyszła atanda (przyp. red.: w więziennej gwarze specjalna jednostka straży więziennej), ale on już leżał nieprzytomny. Jego zabrali do szpitala, mnie do celi dźwiękoszczelnej. W mojej głowie cały czas były słowa: Jezus cię kocha. Nie mogłem się ich pozbyć. Myślałem, że ten człowiek umrze. Jednak wrócił do życia, odzyskał zdrowie. Przychodzili do niego, żeby podpisał oświadczenie o sprawę sądową, ale on nie chciał. Kiedy się o tym dowiedziałem, czułem się wstrząśnięty. — Wyszedł Pan z więzienia. Co dalej? — Było bardzo ciężko. Wcześniej nigdy nie pracowałem, nie miałem przyjaciół, bliskiej rodziny. Musiałem się tego wszystkiego nauczyć. Nawet mówić uczyłem się od nowa. Nagrywałem się na taśmę i odsłuchiwałem czy nie słychać grypsu. — Jak Pan sobie poradził z poukładaniem codziennego życia? — Czułem obecność Jezusa, wspierał mnie w najtrudniejszych momentach. Dawne środowisko dawało o sobie znać. Przychodzili do mnie i mówili: Po co ci to? Nie masz nic, jesteś nikim. A jak wrócisz do mnie, będziesz miał wszystko. — Kiedy człowiek wychodzi z więzienia musi gdzieś spać, coś jeść. Miał Pan jakieś wsparcie? — Niektórzy ludzie myślą, że nachapałem się pieniędzy i po wyjściu z więzienia mogłem sobie żyć jak król. To jest nieprawda. Wszystko, co miałem oddałem państwu, kiedy się nawróciłem. Porządkowałem swoje sprawy, chciałem odciąć się od tamtego życia i tamtych pieniędzy. Z więzienia wyszedłem w jednych spodniach, w jednych butach i w jednej koszuli. Miałem przy sobie sto trzydzieści złotych.— To gdzie Pan poszedł? — Przyjęła mnie daleka rodzina. Jak się później okazało, byli przekonani, że mam dużo pieniędzy, liczyli na zysk. A ja nie miałem co jeść, nie miałem pieniędzy. Szukałem pracy, ale nikt nie chciał mnie zatrudnić. Chodziłem do MOPS-u i do innych instytucji. Wszyscy rozkładali ręce. Wyszedłem z więzienia i chciałem zmienić swoje życie. Potrzebowałem, żeby ktoś mi pomógł, ale okazało się, że nie ma ani żadnych programów, ludzi i pieniędzy na, to, żeby mnie wesprzeć na początku. Pomógł mi Prezydenta Miasta Ostrowa Poszedłem do niego, pokazałem mu papiery, powiedziałem mu kim jestem. Rozmawialiśmy, w międzyczasie jego sekretarka przyniosła mi śniadanie. Zadzwonił do MOPS-u i polecił, żeby mi pomogli. Wtedy po raz pierwszy napisała o mnie Gazeta Ostrowska. Zorganizowali zbiórkę rzeczy dla mnie. — Od tamtej pory minęło kilkanaście lat. Teraz jeździ Pan z wykładami wśród młodych przestępców. Czy oni w ogóle Pana słuchają? — Wracam do tych samych miejsc wiele, wiele razy i otrzymuję mnóstwo informacji, że to o czym mówię na spotkaniach faktycznie dociera do nich. Nie chcę, żeby uczyli się na swoich błędach. Niech uczą się na moich. Po to, to robię – nie dla pieniędzy, ani po to, żeby Pani robiła ze mną ten wywiad. — Czego najbardziej Pan żałuje? — Tego, że mama i ojciec zmarli zanim się zmieniłem. Wierzę, że gdyby to zobaczyli to i oni by się Śluz
Wracam do domu Ostatni raz spojrzałem na ponurego strażnika i wyszedłem na ulicę. Ciężkie, stalowe kraty zamknęły się za mną, odcinając od dotychczasowego życia. Westchnąłem, przystając na chodniku – mokrym, krzywym i starym. Rozejrzałem się po znienawidzonych kamienicach. Znałem na pamięć każdy szczegół tych zaniedbanych budowli. Były moją codziennością i koszmarem, nie mogłem się ich pozbyć nawet w marzeniach sennych. Ludzie, którzy w nich żyli, towarzyszyli mi przez ostatnie trzy lata. Obserwowałem ich tak, jak w swoim wcześniejszym życiu obserwowałem konie na pastwisku. Znałem ich zwyczaje, sposób bycia, być może i charakter. Nie wiedziałem, czy w tym momencie byłem szczęśliwy. Ostatnie lata spędziłem w więzieniu, wpadając w rutynę i dziwny letarg. Teraz miałem tylko jeden cel. Musiałem dojechać do domu. O ile jeszcze jest moim domem. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz rozmawiałem z siostrą, ale czułem, że nie odwróciła się ode mnie całkowicie. Nie mogłaby. Nie po tym wszystkim, co razem przeszliśmy. Musiałem to sobie wmawiać, potrzebowałem nadziei niczym tonący koła ratunkowego. Nie mając większego wyboru, powoli ruszyłem ulicą w stronę dworca autobusowego. Ze względu na wczesną godzinę byłem pewien, że złapię jakiś autobus, nie wiedziałem za to ile będę musiał czekać. Miałem w kieszeni sto złotych, moje jedyne pieniądze. W więzieniu odpracowałem to, co ukradłem i zniszczyłem, ale na zarobek nie było już czasu. Dali mi jedynie gotówkę na start – sto złotych. Śmiech na sali. Teraz podobno powinienem skierować się do jakiejś agencji pracy… Hufca… Zwał jak zwał, nie miałem zamiaru reszty życia spędzić na zamiataniu ulic. Owszem, mogłem skorzystać z porad więziennych psychologów i tak dalej. Mogli mi pomóc zacząć nowe życie. W końcu przed trafieniem do więzienia nie miałem nic, do czego teraz mógłbym wrócić – oprócz siostry i naszego rozpadającego się domu. Nie chciałem pomocy. Nie to, żebym chciał też wrócić do przeszłości. Kradzieże z pewnością już mi po głowie chodzić nie będą, ale jako człowiek wolny, potrzebowałem odetchnąć pełną piersią i cieszyć się tym, że nie zwalili mi na głowę kuratora. Chwała bogom, udało mi się spłacić te cholerne szkody, za które mnie posadzili i nie musiałem ich dodatkowo odpracowywać. Przemierzając puste miasto, rozglądałem się na boki. Patrzyłem na odrapane ściany, kałuże, ptaki, kolorowe kwiaty w oknach. Czułem się dziwnie. Nie potrafiłem określić, czy jest to strach, smutek, stres, czy może wszystko na raz. Byłem wolny. Miałem dwadzieścia sześć lat i mogłem decydować o sobie. I cholernie się bałem tego stanu. No bo przecież co zrobię, jeśli siostra mnie nie przyjmie? Nie miałem się gdzie podziać, a już wolałem spać pod mostem, niż przyjmować klitki oferowane przez państwo. Spojrzałem na witryny sklepowe, dostrzegając swoje odbicie. Aż miałem ochotę przystanąć i przyjrzeć się bliżej. Gdzieś tam w więziennych łazienkach można było spotkać lustra, ale nigdy jakoś nie przyszło mi do głowy by w nie zaglądać, zawsze wolałem szybko skorzystać z prysznica, kibla i zmyć się do swojej celi. Nie zatrzymałem się teraz, bo wyglądałoby to dziwnie, jednak za każdym razem, gdy mijałem okna, patrzyłem w nie, obserwując swoją sylwetkę. Przez te lata wydoroślałem. Zawsze byłem wysoki i dobrze zbudowany mięśniowo, jednak teraz wyraz mojej twarzy się wyostrzył, a postawa ciała wyprostowała. Zdawałem się być pewniejszy siebie i raczej tak też było. W końcu teraz nie dałbym się wykorzystać, jak wtedy, przed więzieniem. Nie broniłbym tych niewdzięczników i nie skazywałbym się na to wszystko. Przecież nie ja zniszczyłem mieszkanie, tylko Piotr. Fakt, byłem tam z nim i jego paczką, ale gdybym nie wziął ich win na siebie, nie musiałbym odpracowywać wszystkich szkód, tylko podzieliliby je na naszą czwórkę. Spędziłbym w więzieniu góra rok, a nie trzy i może udałoby mi się skończyć kurs spawacza, którego teraz nie mogłem ze względu na długi. Przeczesałem dłońmi krótkie, brązowe włosy i westchnąłem. Miałem przed sobą jeszcze około dwa kilometry na piechotę. Nie żebym narzekał, taka wędrówka była mi wręcz potrzebna, ale żałowałem, że nie mam krótkich spodenek. Mimo wczesnej godziny temperatura nie chciała spaść poniżej dwudziestu stopni i zapowiadał się upalny dzień. Raz jeszcze zerknąłem na szyby. Szaro niebieskie oczy odbicia spojrzały na mnie, by po sekundzie uciec wzrokiem w bok. *** Droga do domu trwała dłużej niż zwykle — z tego co pamiętam. Musiałem poczekać dwie godziny na autobus, który później utknął w korku. W małej miejscowości, oddalonej około siedmiu kilometrów od mojej rodzinnej wsi, znalazłem się o trzynastej dwadzieścia sześć. Stamtąd mogłem jedynie złapać stopa, więc idąc ulicą, dwa razy podnosiłem rękę, gdy zbliżył się samochód. Oczywiście ani jeden, ani drugi się nie zatrzymał. Nie dla mnie, wielkiego, umięśnionego faceta niewiadomego pochodzenia – wątpię, czy ktokolwiek by mnie rozpoznał z daleka. Nie byłem zdziwiony, wręcz spodziewałem się, że będę miał pieszą wycieczkę. Nasza wieś zakończona była ślepą odnogą dwóch zniszczonych dróg, więc niewielu nieznajomych się tu zapuszczało, a ci, którzy się odważyli, przygnani ciekawością, byli traktowani wrogo. Jakby pola, otaczające nasze domy, były jednocześnie naszym wielkim podwórkiem, na które nikt niepożądany nie ma prawa wstępu. To była nora. Koniec świata, zamknięty w gęstwinie lasu. Ślepa kiszka plątaniny dróg i znaków. Zbiór dziwnych ludzi, połączonych ze sobą przez przypadek. Różnie o nas mówiono i my różnie traktowaliśmy nasz dom. Niektórzy chcieli się z niego wyrwać, inni wręcz reagowali paniką, gdy trzeba było pojechać do lekarza w mieście. O dziwo byliśmy też w miarę samowystarczalni. Większość wychowana była po staremu, a cywilizacja dopiero w ostatnich latach do nas docierała w postaci Internetu. Przez to wszystko większość mieszkańców trudniła się rolnictwem albo hodowlą. Reszta miała swoje samochody i jeździła do pracy w mieście. Zarabiali tyle, że starczało im na coś więcej, niż przetrwanie, co było widać po ich domach. Wyremontowanych, gustownie urządzonych, wyróżniających się wśród ledwo trzymających się chałup. Idąc środkiem asfaltu i rozglądając się w bok na drzewa, zastanawiałem się jaka zmiana zaszła w ciągu mojej nieobecności. O ile w ogóle zaszła. Przypominali mi się ludzie. Pani Krysia, która obsługiwała mały sklepik. Codziennie chodziłem do niej po chleb i ser, który skupowała od miejscowego hodowcy bydła, Romana. Niezliczeni znajomi dziadków, których nawet nie pamiętam. Dzieciaki, z którymi się bawiłem za młodu. Ciekawe którzy z nich wybrali się na studia, wyjechali, a których pochłonęła rodowita matka wieś. Krok za krokiem przemierzałem pustkowie cywilizacyjne, napawając się wilgotnym, parnym powietrzem, którego nie czułem od trzech lat. Nic nie było warte, by to stracić. A w szczególności nie telewizor, który chcieliśmy rąbnąć. No tak. Moja największa porażka. Piotr i jego banda. Jako nastoletni dzieciak, który stracił oparcie w dorosłych, próbowałem sam radzić sobie z życiem. Głupiemu, byłemu mnie zaimponował chłopak z sąsiedztwa, zarabiający na kradzieżach. Ba, zaimponował…. Byłem w nim po prostu zakochany. Być może chciałbym teraz znaleźć powód swojego zaślepienia, wytłumaczenie, dlaczego byłem tak bardzo naiwny i ufny. Nie jestem pewien, czy to była miłość, czy skrajna głupota. To śmieszne. Taki kawał chłopa jak ja, którego nie ruszano w więzieniu, dał się w przeszłości oszukać jakiemuś gówniarzowi. Bo co? Bo się w nim zadurzył i wierzył, że ten pomoże mu we wszystkim? Piotr mi nie pomógł. Za to zranił tak mocno, że chyba do końca życia będę miał problemy z zaufaniem komuś, poza swoją siostrą. Zawsze na skraju umysłu będę miał fakt, że trzeba uważać, że nikomu nie wolno wierzyć. Że nawet najlepszy przyjaciel potrafi wbić nóż w serce. A może zwłaszcza przyjaciel. Nie wiem ile mi zajęło dojście do wsi, ale w końcu las ustąpił polom i domostwom, ukazując dobrze mi znany teren. Nawet drzewa witałem z radością i uśmiechem, cisnącym się na usta. Pomachałem dzieciakowi, siedmioletniemu Dominikowi, którego dostrzegłem zza któregoś płotu. Pamiętam go, gdy kończył cztery latka i jedynie domyślałem się, że to on. Miał ten sam kolor włosów, no i przebywał na działce jego rodziców. Chłopiec spojrzał na mnie zaskoczony i czmychnął do domu. Przez chwilę jeszcze za nim patrzyłem, idąc w stronę domu, który był mniej więcej pośrodku wsi. Parę minut zajęło mi, by do niego dotrzeć. Po drodze jeszcze minąłem parę młodzików na rowerach, którzy spojrzeli na mnie ciekawsko. Poznałem niektóre twarze, ale nie zwróciłem na nich zbytniej uwagi, w końcu dostrzegając swój cel. Ceglana chałupa z trzema izbami i łazienką na zewnątrz. Moje marzenie ostatnich lat w końcu się ziściło. Jestem w domu. *** Ramiona siostry wydawały się tak obce i znajome jednocześnie. Oplotła mnie mocnym uściskiem, dławiąc w sobie łzy. Widziałem to po sposobie w jaki zagryzała usta i napinała mięśnie twarzy. Bolało mnie serce, widząc ją w takim stanie. Nie chciałem by płakała, a już w szczególności z mojego powodu. Stojąc z nią w progu, całym sobą chłonąłem jej obecność i zapach domu – Trochę stęchły, ale znajomy i dający bezpieczeństwo. Tu nie będę się musiał obawiać, że ktoś z jakiegoś powodu będzie chciał mi dokopać. — Wróciłem — szepnąłem w ciemne włosy. Odsunąłem ją delikatnie od siebie i spojrzałem w oczy. — Przygarniesz mnie chociaż na jakiś czas? — zapytałem niepewnie. — Zgłupiałeś?! — fuknęła nagle. — To n a s z dom! — zaznaczyła, patrząc mi hardo w oczy. — Chodź do środka. Uśmiechnąłem się szeroko i wszedłem do wąskiego przedsionka, połączonego z kuchnią. Dopiero z niej można było przejść do dwóch kolejnych pokoi, służących kiedyś za sypialnię naszą i dziadków. Dom pozbawiony był łazienki. Mieliśmy jedynie kibel na dworze i miskę w domu. Z westchnieniem usiadłem na jednym z czterech krzeseł, stojących przy starym, zniszczonym stole. Rozejrzałem się dookoła. Ściany musiały być niedawno malowane, bo jako jedyne lśniły czystością w tym pomieszczeniu. Meble pamiętały jeszcze dzieciństwo moich rodziców, więc nie można było od nich wymagać pełnej sprawności. Z szufladami trzeba było się szarpać, by ze zgrzytem się wysunęły, a część drzwiczek wisiała na wpół urwanych zawiasach. — Jutro się za to zabiorę — powiedziałem, schylając się i sięgając do jednej z szafek, która co chwilę otwierała się na oścież. — Tego nie opłaca się naprawiać. Trzeba kupić nowe — stwierdziła Gosia z niesmakiem, siadając naprzeciw mnie. — A masz na to kasę? Bo ja nie… — mruknąłem niechętnie. — Z czego niby? Sprzedaję świnie, starcza z tego tylko na prąd i czasem coś do żarcia. Zerknąłem na nią zaskoczony. Nigdy nie chciała przejmować gospodarstwa. Trafiając do więzienia myślałem, że siostra przestanie się przejmować moim utrzymaniem i zajmie się jakąś robotą, która da jej przyszłość. — Nie masz normalnej pracy? — zapytałem cicho, wbijając w nią spłoszony wzrok. — W tej dziurze? — Uniosła brwi. — Nie ma szans. Chyba, że jakaś ciężka fizyczna praca, ale to już mam tutaj. — Dlaczego nie wyjechałaś? — To nasz dom. — Ale… — zaciąłem się. Teraz już nie wiedziałem, czy była to moja wina, czy po prostu Gośka była zbyt uparta. — Bałam się sama jechać do miasta — wymamrotała cicho, odwracając głowę. — Chcesz herbaty? — Zmieniła szybko temat. — Poproszę — mruknąłem, pozwalając jej. Jeśli nie chciała o tym rozmawiać, uszanuję jej decyzję. Jednak sam już wiedziałem, że mam kolejną rzecz, za którą jestem odpowiedzialny. Ja zawsze chciałem stąd wyjechać, pociągnąłbym ją za sobą. A teraz oboje utknęliśmy w tej dziurze. Być może i pomogę jej przy pracy, ale nie mamy tu przyszłości. Na starość pomrzemy z głodu, bo z pewnością nie dostaniemy żadnej emerytury bez wcześniejszego płacenia składek, a na marny zasiłek nie ma co liczyć. Wyszedłem z więzienia, ale nagle uświadomiłem sobie, że to wcale nie oznacza, że jestem wolny. Nie mogę robić czego chcę. Jestem ograniczony w swoich możliwościach. Tak samo jak zawsze. Mimo upływu lat wszystko nadal jest na swoim miejscu. Gośka zrobiła nam herbaty i znów usiadła naprzeciw, tym razem z parującym kubkiem w dłoniach. — Spłaciłeś chociaż wszystkie długi? — zapytała po chwili milczenia. — Tak. Ale zarobiłem ledwo stówę. Udało mi się na styk. — Chociaż tyle — westchnęła i spojrzała na mnie zmęczona. — Pomożesz mi dzisiaj wieczorem przy świniach. — Oczywiście — potaknąłem. — No i ja mieszkam w ostatnim pokoju. Ty możesz sobie rozłożyć kanapę w małym. W szafach nadal masz swoje ubrania. — Spojrzała po mojej sylwetce. — Wątpię czy wciąż będą pasować. — Może przynajmniej będę miał bieliznę. — Raczej tak. — Kiwnęła głową. — Masz kuratora, zawieszenie, albo coś takiego? — Zawieszenie na dwa lata, ale na szczęście bez kuratora. — Uśmiechnąłem się lekko. — A jak w ogóle było w więzieniu? — zapytała wprost, patrząc na mnie uważniej. — No raczej nie były to wczasy. — Skrzywiłem się. — Zaczepiał cię ktoś? — Zdarzało się, to normalne. — Wzruszyłem ramionami. — Ale radziłem sobie, nic do mnie nie mieli. Wtapiałem się w tłum. Gosia westchnęła i spojrzała w kierunku szuflady, gdzie kiedyś trzymane były papierosy. Z tego co wiem, rzuciła, ale przez lata mogło się sporo zmienić. — Byłaś sama przez cały ten czas? — zainteresowałem się, z jednej strony będąc naprawdę ciekawym, z drugiej chcąc zejść z tematu więzienia. — To znaczy? — Przy jednych odwiedzinach mówiłaś o kimś… — zaciąłem się na chwilę, nie wiedząc jak do tego podejść. — Jesteś z nim nadal? Wtedy dopiero zaczynaliście, ale… — Dwa miesiące temu się rozstaliśmy. Zgasłem nieco, widząc jej poważną minę i przygryzanie policzków od wewnątrz. Bolało ją to. A ja nawet nie poznałem tego gościa. Nie było mnie przy niej, podczas gdy ona zawsze była ze mną. — Nie ma co rozpaczać — stwierdziła nagle, wstając. — Chodź. Pomożesz mi przy świniach. — A w ogóle jak z Harmonią? — Również wstałem i spojrzałem na swoją niedopitą herbatę. Była już letnia, więc szybko opróżniłem kubek i obmyłem go pod zimną wodą. — Jest stara, ale nadal zżera nam trawę — westchnęła kobieta. Uśmiechnąłem się szeroko na samą myśl. Harmonia była klaczą babci, która kochała konie. Sami mniej się nimi interesowaliśmy, ale sentyment pozostał razem ze zwierzęciem, który teraz miał ponad dwadzieścia pięć lat. Bałem się, że staruszka nie dożyje mojego powrotu. Wyszliśmy z siostrą na dwór, po drodze zakładając buty. Przeszliśmy przez niewielki placyk przed domem, by w końcu wejść pod dach zniszczonej obory. Uderzył mnie zapach obornika, wymieszany z przyjemniejszą wonią świeżej trawy. Chwilę trwało, zanim moje oczy przyzwyczaiły się do półmroku, bym mógł dostrzec wyraźniejszy kontur kilkunastu świń, które siostra trzymała w ciasnych boksach. Harmonia stała w ostatniej przegrodzie po prawej. Nie potrafiłem zdecydować się, czy mi żal, że jest tu w takich warunkach, czy cieszę się, że mam choć odrobinę namiastki babci. Nagle posmutniałem. Powinienem pomóc siostrze. Nie powinna radzić sobie sama w takich warunkach. Pamiętam, że kiedyś myślałem, że pomogę jej kradnąc. Teraz wiem, że po prostu chciałem poczuć się lepiej. Niszczenie czyjegoś mienia niczego mi nie dodawało, ani pieniędzy, ani dumy z samego siebie – bardzo rzadko kradliśmy coś naprawdę. A jednak to robiłem, myśląc, że jest to jedyna szansa na polepszenie swojego bytu i zaimponowanie osobie, na której mi zależało. — Twój były… on ci chociaż jakiś czas pomagał? — zapytałem w momencie, gdy wzięła wiadro z przygotowaną wcześniej karmą i wsypała do jednego z koryt. Sam również chwyciłem za drugie, powielając jej ruch. — Tak. Ale nie był tym zachwycony. Po prostu czasem chciał pomóc — powiedziała smutno. — Zdziwiłbym się, gdyby chciał tak żyć — mruknąłem cicho. — Nie myślałaś, żeby się stąd wynieść? — spróbowałem znowu. — Mówiłam ci. To mój dom — powtórzyła. — Jasne. Razem szybko nakarmiliśmy zwierzęta i zamietliśmy odejście, po czym wróciliśmy do domu, siadając tak jak wcześniej w kuchni. — Nadal nie mamy telewizji? — zagadnąłem, tym razem ja przygotowując herbatę. — Nie. — Więc co robisz całymi dniami? — No wiesz. Jakbyś zapomniał — prychnęła. — Albo idę do dziewczyn, albo coś czytam. Nic wielkiego. — I co tam u nich? — Julia wyprowadziła się do miasta, więc z nią nie mam kontaktu. Ale Martyna i Iza wyszły za mąż i prowadzą domy — zaczęła, ożywiając się nieznacznie. Kiedyś nie znosiłem jak babcia mówiła o sąsiadach. A teraz wsłuchałem się w słowa siostry, chcąc się dowiedzieć co robili moi dawni znajomi. Trochę smuciło mnie, że inni, z którymi niegdyś byłem blisko, mieli ciekawsze życie od mojego. *** Pierwszą noc w domu miałem bezsenną. Nie potrafiłem przestawić się z trybu czuwania. Każdy hałas na dworze, każde rżenie, czy stukot budziły mnie na nowo. Nie pomagał fakt, że spałem przy otwartym oknie. Noc była duszna i parna, a moje stare łóżko bardziej miękkie niż prycza z więzienia. Byłem wręcz zdziwiony, że to mi przeszkadza. Nagle usłyszałem nieco inny stukot niż do tej pory i ciche śmiechy. Przekręciłem się na bok, rozbudzając się po raz kolejny, tym razem jednak nastawiając się na nasłuchiwanie. Ktoś był przy stajni. Z mojego miejsca widziałem światła błyskające na ścianach. Przekląłem cicho i wstałem, próbując robić jak najmniej hałasu. Zmarszczyłem brwi, patrząc przez okno. Dzieciaki. Nie mogłem teraz odgadnąć kim kto był, ale niewiele mnie to obchodziło. Ważniejsze było, co trzymały w ręku. Wydawało mi się, że mają puszki, ale zamiast z nich pić, majstrowali coś przy drzwiach stajni. Wyszedłem z mieszkania, przeklinając w myślach skrzypiące drzwi. Na szczęście nikt ich nie usłyszał, więc mogłem podejść niepostrzeżenie do gromady. Było ich sześciu. Wyrostki, niektórzy może już pełnoletni. Rozpoznałem czterech z nich, a pozostała dwójka była pewnie z sąsiednich wsi. Spojrzałem na drzwi stajni, gdzie napisali – „Fabian cwel. Wracaj gdzie twoje miejsce”. I właśnie malowali wielkiego kutasa. Typowe, pomyślałem. Stałem tam jakiś czas, obserwując młodych. Nie miałem pojęcia dlaczego piszą po moich drzwiach i z pewnością mi się to nie podobało, ale z jakiegoś powodu fascynowało mnie obserwowanie ich. Kiedyś też byłem taki jak oni. Karma wraca. Też obracałem się w takim towarzystwie i niemal czułem się, jakbym patrzył na siebie sprzed lat. Szczególnie, gdy obserwowałem najwyższego z nich. Był trochę wycofany, próbujący naśladować swoich towarzyszy. Wydurniał się, niemal naśladował ich ruchy. Śmiał się z żartów. Był sztuczny, niepasujący. Udawał, jak ja kiedyś. Znałem tego dzieciaka. To Kamil, syn przyjaciela moich rodziców. Nie obchodziło mnie nigdy zdanie innych, ale z jakiegoś powodu ubodło mnie, że akurat ten szczyl pomaga w mazaniu moich drzwi. Do cholery, przecież niemal wychowaliśmy się razem. Niemal, bo była spora różnica wieku i rzadko bezpośrednio ze sobą rozmawialiśmy. Co nie zmienia faktu, że obserwowałem go od lat, widziałem jak dorasta, jedliśmy razem niezliczoną ilość posiłków przy spotkaniach moich dziadków i jego rodziców. Byliśmy różni, nigdy nie potrafiliśmy znaleźć wspólnego języka, ale nie wchodziliśmy sobie w drogę. Ba. Przecież czasem mu pomagałem! Nagle jeden z chłopaków spojrzał wprost na mnie i wrzasnął na cały głos. Nie dziwię mu się. Też bym się przestraszył dwumetrowego faceta, umięśnionego, z dwutygodniowym zarostem i bez bluzki, stojącego w ciemności. Chociaż nie. Ja bym się nie przestraszył. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Dzieciaki dały nogi za pas, a ja chwyciłem najbliżej stojącego i najwyższego z nich. Przewaliłem go na ziemię, przygniatając do niej. Próbował się wyrywać, ale nie miał przy mnie szans. Jego koledzy zwiali, zostawiając go na pastwę mojego widzi mi się. Nie przejmowałem się nimi, ważne, że miałem chociaż jednego. Chłopak próbował się wyrwać, jakby miał jakiekolwiek szanse. Nie dorównywał mi w wysokości, sile, wadze ani w doświadczeniu. Nie rozumiałem dlaczego tak się szarpie. To było bez sensu. — Spokój młody — warknąłem. Chwyciłem go mocno za nadgarstki i wstałem, ciągnąc go za sobą. Postawiłem nas na nogi i spojrzałem mu w oczy. Już się nie wyrywał. Mądrze. — I co zrobisz? — spytał butnie. Był pewny swego, nie odczuwał lęku ani skruchy. A przynajmniej na takiego wyglądał. — Wiesz, że znam twoich rodziców — powiedziałem spokojnie, nadal trzymając jego dłonie w mocnym uścisku. Miał długie i ciepłe palce, trochę szorstkie na opuszkach. — Mogę im powiedzieć co dzisiaj nabroiłeś. Myślę, że im się to nie spodoba. Chłopak zagryzł wargę, a zaraz jakby się za to zganił, jego twarz stężała, wzrok niemal palił żywcem. Wytrzymałem jego spojrzenie. — Nie zrobisz tego — stwierdził. — Bo? — Nawet jeśli im powiesz… Jak myślisz. Uwierzą mi, przykładnemu uczniowi i ich synowi, czy facetowi po odsiadce? — Uśmiechnął się wrednie. — Tak sobie myślę… że pójdziemy do mojej siostry. — Uniosłem kącik ust w górę we wrednym uśmiechu. — Myślę, że jej uwierzą. Pociągnąłem go w stronę drzwi domu, a młody zaczął się szarpać. Chyba zdał sobie sprawę z powagi sytuacji, bo jego pewność siebie spadła gwałtownie. Już nie wyglądał tak poważnie jak chwilę wcześniej. — Puść mnie! — krzyczał. — Nie masz prawa! — Och. To zdecydowanie jest legalne — parsknąłem rozbawiony i zacisnąłem palce mocniej na jego ramieniu. Siłą poprowadziłem go do mieszkania, a dalej wprost do sypialni siostry. Zapukałem, tak na wszelki wypadek. — Co?! — krzyknęła z irytacją, ale po chwili otworzyła drzwi. Spojrzała na nas zaspanym wzrokiem z niezrozumieniem. — Ten szczyl razem z kolegami pomalował nasze drzwi sprejem — wyjaśniłem bez ogródek. Teraz dzieciak nie będzie mógł się wykiwać. Kto jak kto, ale moja siostra była szanowana we wsi i jej uwierzy każdy. — Och… — Przyjrzała się uważniej chłopakowi. — Ale dlaczego, Kamil? Chłopak zacisnął usta w wąską linię. Wpatrywał się w podłogę uparcie, czekając pewnie, aż ta farsa się skończy. Sam był sobie winien. — I co z nim zrobimy? — zapytałem siostry. — Kto był z tobą? — zwróciła się do chłopaka, olewając mnie. — Trzech jeszcze rozpoznałem — wtrąciłem. Gosia wbiła we mnie groźny wzrok. — No i co z tego? — jęknął. — Róbcie co chcecie, byle szybko. Walnąłem go otwartą dłonią w tył głowy, aż się nieco schylił. — Ej! — syknął. — Przestańcie! — nakazała Gosia, wyglądając nagle na naprawdę wykończoną. — Wiem co zrobimy. Spojrzałem na nią uważnie, gdy wpatrywała się w nas z zastanowieniem. Już wiedziałem, że będzie to coś, co mi się nie spodoba. — Kamil naprawi jutro drzwi, a ty go przypilnujesz. Nie mam ochoty ganiać po ich rodzicach. Ale… — Spojrzała surowo na chłopaka. — Jeśli jeszcze raz coś takiego się zdarzy, to dowiedzą się o tym wszyscy, jasne? I ty, i twoi koledzy mnie popamiętacie. Trzymaj ich z dala — warknęła, po czym bezceremonialnie zatrzasnęła drzwi przed naszymi nosami. Okej. Nie wiedziałem, że dzisiejszy dzień aż tak dał mojej siostrze w kość. Zawsze robiła się wredna, gdy coś ją martwiło. To był jej sposób na odreagowanie i ukrycie słabości. Zmemłałem w ustach przekleństwo. Teraz będę musiał zajmować się bachorami? Pięknie… — No i co się gapisz młody? — prychnąłem. Raz jeszcze trzepnąłem go w tył głowy i ruszyłem w stronę kuchni. — Wracaj do domu. A jutro masz przyjść na ósmą naprawić te cholerne drzwi. — Ale… — zająkał się, szukając argumentów. — No, dalej, wypad — pogoniłem go, otwierając drzwi. — Jest czerwiec, nie mogę później? — zapytał młodzik z pretensją w głosie. — Nie. Powinieneś być jeszcze przyzwyczajony do wstawania rano. Czy może napisanie trzy tygodnie temu matury sprawiło, że wszystkiego zapomniałeś? — prychnąłem. Chłopak skrzywił się, ale już nie skomentował. Wyszedł w ciemność, rzucając mi jeszcze ostatnie, tym razem zamyślone spojrzenie.
wyszedłem z więzienia co dalej